Start
Wycinacy
Masochizm
Grafitti
Cenzurki



Relacja z wyprawy  13-15.08.2005

Bieszczady na weekend

Pomysł na objechanie Pętli Bieszczadzkiej zrodził się w lipcu miesiąc wcześniej, kiedy to wycieczki „rodzinne” już zakończone, lato jeszcze w pełni, a w nogach czuć pewien niedosyt mocnego kręcenia w tym sezonie. Oczywiście są jeszcze maratony, ale tam nie ma czasu na podziwianie przyrody, poza tym nas interesowało zrobienie czegoś nowego, o czym nie słyszeliśmy, aby ktoś ze znajomych już przejechał. Wybór padł na Bieszczady, jako że niezbyt strome serpentyny idealnie nadawały się na rower obciążony sakwami a słowo „przyroda” dopiero tutaj nabiera prawdziwego znaczenia i należytego szacunku. Plan w krótkim zarysie przedstawia się następująco: dotrzeć w Bieszczady na rowerach, przejechać z Ustrzyk Dolnych przez Ustrzyki Górne, Wetlinę, Cisną, aż po Komańczę i wrócić tym samym środkiem transportu do Krakowa. Termin wyprawy to długi weekend 13-15 sierpnia. Wstępne szacunki pokazywały około 600km do zrobienia po terenie pagórkowatym i górzystym, czyli w sam raz na cztery dni kręcenia (weekend plus jeden dzień urlopu). Na tydzień przed wyjazdem okazuje się, że załatwienie urlopu w środku sezonu w sklepie turystycznym, gdzie pracuje Marcin, ma zerowe szanse powodzenia. Determinacja jaka towarzyszyła nam od samego początku nie dopuszczała myśli o odwołaniu wycieczki. Nie pozostaje nic innego tylko „spakować się” w jeden dzień mniej i przejechać zaplanowany dystans. Ruszamy w sobotę, zaraz po pracy, o godz. 16.00.

Trasa pierwszego dnia jest stosunkowo łatwa z dwóch powodów: dystans jest niewielki (około 120km) i prowadzi wzdłuż Wisły, czyli praktycznie po płaskim terenie. Wyjeżdżamy z Krakowa w kierunku Niepołomic bacznie obserwując niebo, które godzinę wcześniej wylało całkiem pokaźne ilości wody. Przejeżdżając przez Puszczę Niepołomicką już wiemy, że nie uciekniemy przed ciężkimi chmurami, które postanowiły nas otoczyć. Półgodzinny deszcz był na tyle niegroźny, że nie przerywając jazdy podążaliśmy stałym tempem w kierunku Szczurowej. Ruch samochodowy w tych okolicach jest znikomy, więc można było skoncentrować się na równej jeździe. Tempo było umiarkowane, bo mieliśmy świadomość dwóch ciężkich dni przed nami, w których mięśnie będą potrzebne w 100% sprawne. Mijamy kolejne miejscowości: Żabno, Dąbrowa Tarnowska, Radgoszcz, Radomyśl Wielki i zatrzymujemy się na noc u rodziny w Podborzu, niedaleko Mielca.

Dystans: 120,9km;  Średnia: 28,5km/h;  Czas jazdy: 04:57:07;  Przewyższenie: 211m.

* * *

W drugi dzień wstajemy razem ze Słońcem. Musimy zrobić jak najwięcej kilometrów, aby w poniedziałek móc spokojnie dojechać do Krakowa. Zanim wyjechaliśmy Marcin przekłada mostek ‘na plus’ przeczuwając nadchodzący bunt pleców spowodowany przymuszaniem do mało naturalnej pozycji. Ja natomiast przebieram się za kucharza i gotuję wieki kocioł makaronu z którego jemy obfite śniadanie oraz duże porcje zabieramy na drogę w plastikowych pojemnikach. Start ostatecznie opóźnia się o godzinę, więc trzeba gonić czas, który był skalkulowany co do minuty. Od planowanego noclegu w Komańczy dzieliło nas 260km po częściowo górzystym terenie. Zmagania z trasą rozpoczęliśmy od szutrowej drogi. Pierwsze 30km przedzieramy się przez wioski niemalże na azymut, gdzie jakość asfaltu pozostawiała wiele do życzenia. Dwa odcinki drogami szutrowymi są zdecydowanie mniej odczuwalne dla sztywnego zawieszenia wyposażonego dodatkowo w sakwy. W miejscowości Okonin, na pierwszym stromym podjeździe tracimy pół godziny na problemy sprzętowe, bo zapasowa dętka zakupiona w Decathlonie okazuje się mieć odkręcony wentyl, na szczęście przełamana wykałaczka służy jako kluczyk i załatwia problem. Godzinę później, gdy w Strzyżowie mylimy drogę i jedziemy w przeciwnym kierunku, już wiemy, że nie zdążymy dziś do Komańczy. Pomyłka kosztowała nas kolejne 40min. Wracamy do Strzyżowa i od tego momentu śledzimy trasę na mapie niemal na każdym skrzyżowaniu. W okolicy Sanoka zatrzymujemy się na stacji benzynowej aby skorzystać z toalety i również po to, by opróżnić nieco sakwy z jedzenia, zanim zaczną się prawdziwe podjazdy. Makaron z sosem domowej roboty smakuje nad wyraz wyśmienicie, zważywszy na wysiłek, który jest odpowiedzialny za te braki energetyczne w organizmie. Z Sanoka do Ustrzyk Górnych już nie jest tak daleko patrząc na mapę, jednak kręta droga, przełęcze oraz kilometry w nogach powodują, że najtrudniejsze dopiero przed nami. Widoki w tak słoneczny, prawie upalny dzień doskonale rekompensują trud całej trasy. Wjeżdżając do Ustrzyk Dolnych czujemy się jakbyśmy dostali azyl w tym najbardziej niedostępnym dla cywilizacji regionie Polski. Jeszcze dwie godziny, w ciągu których mamy okazję zmierzyć się z pierwszymi przełęczami, dzieli nas od noclegu na campingu w Ustrzykach Górnych. Na ostatni dzień wycieczki został spory kawałek do przejechania. Jesteśmy na samym końcu polskiej części Bieszczad, bliżej stąd do Rumuni niż do Krakowa, ale pozytywnie nastawieni na następny dzień idziemy spać pod namiotem racząc się wcześniej gorącym prysznicem oraz podwójną porcją wysokoenergetycznego posiłku liofilizowanego, jaki zabierają alpiniści na 4000m n.p.m.

Dystans: 221,9km;  Średnia: 24,31km/h;  Czas jazdy: 09:07:35;  Przewyższenie: 1679m.

* * *

Trzeci dzień zapowiada kulminację doznań tych duchowych, atakując wszystkie nasze zmysły, oraz tych fizycznych, związanych z pokonaniem prawie 300km na rowerze z sakwami w jeden dzień. Nie mylimy się. Tych pierwszych dwóch godzin spędzonych na bieszczadzkich serpentynach bladym świtem, gdy Słońce maluje połoniny złocistym pędzlem, gdy harmonijnej orkiestry złożonej z owadów i ptactwa nie zakłóci żaden ryk silnika, tylko od czasu do czasu turysta skinie głową, czasem owce zablokują drogę, tych godzin nie zapomnimy do końca życia. Momentami czuję delikatny dreszcz na plecach, bynajmniej nie z powodu zimnego poranka. Przez Bieszczady przejeżdżamy dosyć leniwie odkrywając inne stany świadomości niczym Odyseusz zasłuchany w śpiew syren. Budzimy się dopiero w Komańczy, gdy Słońce już wdrapuje się coraz wyżej, a do Krakowa jeszcze grubo ponad 200km. Przed nami Beskid Niski, którego urokliwość dorównuje stopniowi pofałdowania. Zabytkowe drewniane kościoły przeplatają się z cerkwiami, łany złotych zbóż czekają na żniwa, falując na wietrze, pagórki wyznaczają horyzont o kilka kilometrów dalej niż niedawne Bieszczady, czarna droga nieco szybciej ucieka pod kołami. Trasa na ten dzień została wybrana wg kryterium: najkrótsza. Zostawiamy za sobą Duklę, Nowy Zmigród, Magurski Park Narodowy i w Gorlicach robimy przerwę na obiad. Przez całą wyprawę korzystamy z własnej „kuchni”, w sklepach kupujemy jedynie wodę mineralną, owoce i batony. Z Gorlic wydostajemy się drogą na Moszczenicę, która niedawno została przemianowana na drogę wojewódzką, dalej kierujemy się na Rzepiennik Biskupi, Gromnik, Zakliczyn, Tymową i drogą nr 966 prosto w kierunku Gdowa i Wieliczki. Ostatnie 3 godziny przyszło nam jechać przy sztucznym świetle zamontowanym na kierownicy. Nogi o dziwo nie protestują, jedynie siedzenie staje się nie do zniesienia oraz żołądek ma objawy przepracowania, bo musiał w 2,5 dnia przerobić tyle co normalnie w tydzień. Gdy wjechaliśmy do Krakowa, satysfakcja z ukończenia tak malowniczej i niełatwej wycieczki przyćmiła wszelkie oznaki zmęczenia, a uzyskane doświadczenie pozwala snuć plany na następną, dużo większą wyprawę opartą o rowery z sakwami, tym razem może gdzieś poza granice naszego kraju.

Dystans: 282,3km;   Średnia: 23,54km/h;  Czas jazdy: 11:59:31;  Przewyższenie: 2383m.



GG: 1257343